Kogel-mogel czyli jak być kobietą i zwariować

Każdy z nas ma jakieś kultowe filmy na swojej kupce wstydu, których jeszcze nie obejrzał. W moim przypadku była to seria Kogla-mogla. Cieszę się, że tak długo zwlekałam z seansem, bo to było trochę traumatyczne przeżycie. Głównie chodzi mi o wydźwięk tych filmów i o tym chciałabym porozmawiać. Walory artystyczne schodzą tutaj zdecydowanie na dalszy plan, zresztą nie ma ich zbyt wiele. Nie spodziewałabym się, że tak bardzo szowinistyczne filmy, kiedykolwiek staną się kultowymi – czyli symbolizujący wartości i postawy jakiejś społeczności lub popularności w określonej grupie społecznej.

Pierwsza część filmu zaczyna się dość dobrze i ambitnie rzutuje na postać Kasi. Ucieka z zaaranżowanego ślubu, bardzo chce studiować i wyrwać się ze wsi. Stara się, nie idzie na łatwiznę (przecież przyszły mąż ma tyle ziemi – ustawiłaby się do końca życia!) i dąży do spełnienia swoich marzeń. W stolicy podejmuje się pracy u swojego profesora – ogółem kibicujemy bohaterce. Po to, by nagle wszystko zaprzepaścić i zmienić charakter postaci o 180 stopni. Zarówno w filmie, jak i w życiu ludzie czasami trzymają się swoich zasad i nie porzucają ich (tutaj kolejna bolączka) jak w przypadku Kasi – dla chłopaka, którego zna kilka dni? Wydaję mi się, że jeśli już to jest to odrobinę dłuższy i złożony proces wywierania wpływu na drugą osobę. No a poza tym nasz wykształcony gentlemen wyjątkowo dziwnie, nieco nachalnie podrywa naszą bohaterkę. W dzisiejszych czasach nazwalibyśmy to stalkingiem. Zakończenie filmu jest przerażające, bo Kasia zostaje trochę przymuszona do ślubu i to przez swojego przyszłego męża. Uwolniła się z jednego ślubu, zaraz po to, by wpaść w sidła kolejnego. Zbudowana na kontraście scena finałowa, kiedy wszyscy na wieść o ślubie się cieszą, a przyszła pani młoda jest bardzo smutna, wcale mnie nie śmieszy, tylko przeraża.

Biegniemy oglądać drugą część. Lekko zszokowana, z nadzieją, że coś będzie lepiej. Teksty w ogóle już nie śmieszą, nawet te „kultowe”. A nasza Kasia? Dla mnie wygląda to wszystko jeszcze gorzej. Bo „ukochany” mąż kompletnie nie liczy się ze zdaniem żony. Nie traktuje jej jak partnera, tylko jak swoją własność, która ma mu teraz, zaraz dać potomstwo. Przypomnijmy sobie scenę, kiedy to ma dojść do małżeńskiego gwałtu? Bo nie wiem jak inaczej to określić. On chce, ona się stanowczo zapiera, a w tle leci wesoła muzyka. Chyba właśnie najbardziej sposób, w jaki przedstawiane są sceny, jest dla mnie najgorszy w odbiorze. Cały film to bierna walka dziewczyny z rodziną i mężem, żeby z dzieckiem poczekać, bo ona chce skończyć studia. Oczywiście nikogo to nie interesuje, ale wszyscy ją mocno kochają! Zakończenie jest jeszcze bardziej przerażające i smutne. Normalnie kubeł zimnej wody. Kasia zrozpaczona i płacząca, bo jest w ciąży, z wiwatującą rodziną u boku.

Kiedy już poświęciłam tyle czasu, aby nadrobić poprzednie części, wybrałam się na ostatnią część. Głównie zaciekawiona tym, czy twórcy nadal będą podążać w tym niesmacznym kierunku? Bo to, że ten film jest po prostu zły widać po zwiastunie. W trzeciej części twórcy powoli chcą wyjść z portretu uwięzionej Kasi, z którą absolutnie nikt się nie liczy. Rozwiodła się z mężem (na całe szczęście!), ukończyła studia i została dyrektorką w szkole. Całkiem dobrze jej się wiedzie. Ale jest samotna, dlatego postanawia być… z profesorem Wolańskim. Nadal używa się skrajnych stereotypów i korzysta się z nich w pełni, aby sportretować dany typ kobiety. To zła droga, bo potrzebujemy szerszego spojrzenia.

Absurdalny i nieudolny jest wątek pani Wolińskiej, specjalistki od sex coachingu, która znalazła swój punkt G (niestety, ale naprawdę ukazała się taka książka w ramach promocji filmu hehe). Nieudane próby upchnięcia nowoczesnego myślenia, które są nietrafione i przeszarżowane.

Pierwsza i druga część jest do szpiku kości napakowana obrazem kobiet, które nie mają nic do powiedzenia, a reżyser ma zerową empatię do nich. Nie jestem feministką i nie trzeba nią być, by zauważyć lekceważenie i pogardę dla wszystkich damskich postaci. Kobiety są zastraszane, naiwne, głupie i jeszcze pokazywane jako ladacznice. Mężczyźni mają tutaj o wiele większe przyzwolenie, nie są przerysowani ani karykaturalni. Dlaczego? Skoro idziemy w skrajność, to moglibyśmy tym wypełnić wszystkich bohaterów, niezależnie od płci.

Dla mnie te filmy to bardzo smutny obraz poparcia mieszczańskiego wychowania. Biorę poprawkę, na to że wieś rządzi się swoimi prawami, ale ciągle ten „komediowy” aspket totalnie mi się nie spina. Trzecia część próbuje się już z tego odrobinę wybronić, chociaż czasami strzela ślepakami, ale w porównaniu do poprzednich części nie wywołała we mnie aż takiego drażniącego efektu. Może to wina połączenia humoru, który totalnie mi nie leży oraz bardzo stereotypowego i zaściankowego myślenia? Kiedy te skrajności się wkradają, to brakuje mi jakiegoś szczerego łącznika, dystansu, puszczenia oczka do widza. 😉 Z reguły nie spinam się na filmach i nie biorę wszystkiego „na serio” i dosłownie (w końcu to miała być komedia!), tutaj jednak finalne połączenie wywarło we mnie obrzydliwy efekt. Aż sama byłam zaskoczona swoją mocną reakcją.

Wiem, że jestem w zdecydowanej mniejszości, ale może ktoś też chce podzielić się swoimi odczuciami względem tej serii? Czy wszystkich jednak bawiły te sceny? 🙂

 


Podobał Ci się wpis? Niech pobiegnie dalej! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *