PIERWSZY CZŁOWIEK – kosmiczne doznanie [SPRINTERSKA RECENZJA]

Najnowszy film Damiena Chazelle’a to dzieło wyczekiwane przez fanów „Whiplash” i „La La Land”. Niosący wiele wątpliwości, czy niemuzyczny film zbliży się poziomem do poprzednich filmów? W końcu nikt nie będzie tańczyć na Księżycu, a za scenariusz będzie odpowiedzialny ktoś inny. Każdy, kto mnie zna lub czyta, ten wie, że kocham miłością bezwarunkową „La La Land”. Nie bez powodu został najlepszym filmem 2017 roku w moim podsumowaniu. Temat tego filmu prędzej czy później zostanie przeze mnie poruszony. Ale spokojnie, jestem tolerancyjna dla tych, którzy mojej miłości nie podzielają. No cóż, może kiedyś dojdzie do nich, jaki to jest dobry film… 😂

„Pierwszy człowiek” zaspokoi wszystkich wielbicieli poprzednich filmów – nadal czuć rękę reżysera do wyłapywania detali i co najlepsze, a zarazem najgorsze – przygnębienia i wprowadzenia odbiorcy w melancholijny stan. Ciągle przewija nam się gorycz, smutek i pustka. Pogoń za marzeniami, staje się czymś destrukcyjnym i niosącym ze sobą ogromny egoizm względem bliskich osób. Finały poprzednich jego filmów nie mają nic wspólnego z happy endem i nie jest inaczej w tym przypadku – misja zakończona, ale droga do niej moralnie dość ciężka. Zmienia się tylko perspektywa i sytuacja, bo pojawia się ogromna idea, ale wydźwięk odnoszę wrażenie, nadal bardzo podobny. Warto poświęcić wszystko, czy nie warto? 

Gdybym miała wyobrazić sobie, jak miałby wyglądać film o pierwszym człowieku, który stanął na Księżycu, to zdecydowanie byłoby to coś w tym stylu. Nie ma miejsca na tanie dramaty, przeciąganie scen w nieskończoność i podkręcanie, a raczej wymuszanie płaczu u widza. Wspaniale, że reżyser zdecydował się uderzyć w wyciszoną tonacje, uciekając od patetyzmu i wielkiej idei. Środek ciężkości zostaje wycelowany w dramat rodzinny. Wyobraźcie sobie, jak ten film wyglądałby wyreżyserowany przez kogoś innego? Już od pierwszej sceny zostałaby wywieszona amerykańska flaga, której towarzyszyłyby pełne patosu i nadęcia słowa. Pewnie nie usłyszelibyśmy piosenki „Whitey On the Moon”, a polityczny aspekt, zostałby przemilczany.

Przed filmem długo zastanawiałam się, jak będzie wyglądać ta najważniejsza scena. Czy będzie trwać wieczność, czy będzie grać na emocjach, a może jednak wszystko przejdzie bez większego echa i nie sprosta moim wyobrażeniom? Scena wyszła idealnie, niczego bym nie zmieniła. Jednak w moim odczuciu, najważniejszą scenę dostajemy nieco wcześniej – wtedy, kiedy się tego nie spodziewamy. Element zaskoczenia, to jest coś, co lubię w kinie, kiedy ogląda się dużo filmów i wszystko przebiega zgodnie ze schematem. 

W „Pierwszym człowieku” pięknie są uchwycone i porozrzucane po całym filmie ważne informacje, które łączą się w wiarygodny i dobrze zbudowany portret psychologiczny Neila Armstronga (Ryan Gosling). Film zaspokaja moją ciekawość i pozwala mi dowiedzieć się czegoś więcej o człowieku, który musiał zmierzyć się z własnymi słabościami. Jak trudne decyzje musiał podejmować i jakimi cechami musiał się wyróżniać, aby dokonać czegoś tak wielkiego. Rola jest bardzo wyważona, trudna do zagrania, bo mamy minimum środków do dyspozycji, a wiele do przekazania. Takie osobowości niełatwo jest przerzucić na ekran, aby poruszyły. Powodzenie misji nie leży tylko po stronie Armstronga, ale i jego rodziny. Wybitna rola żony astronauty (Claire Foy), to dowód na to, że wszystko można rozegrać jednym spojrzeniem. Chazelle nie pozwala by pozostała w cieniu tego wszystkiego. To do niej należą kluczowe i najbardziej emocjonalnej momenty. Nikt nie zapomniał, że ciszą też można zagrać bardzo głośno. 

Odbiera mi mowę, kiedy myślę sobie o technicznych aspektach tego filmu. Ani „Interstellar” ani „Grawitacja” nie zrobiły na mnie takiego wrażenia. Technologia IMAX doskonale się sprawdza, aby w pełni poczuć lądowanie na Księżycu. Wszystko idealnie się komponuje ze sobą, nie potrafię znaleźć wad. Poza tym kolejny raz, bliski przyjaciel reżysera – Justin Hurwitz, odpowiedzialny jest za ścieżkę dźwiękową. DOSKONAŁY soundtrack podkręca we mnie historię i rozbudza emocjonalny stan, który towarzyszył mi podczas seansu. Wystarczy tylko kliknąć play. ❤

„Pierwszy człowiek”  to kino, któremu ciężko cokolwiek zarzucić. Refleksyjność i wrażliwość reżysera jest imponująca, ale wymaga chwili czasu i ochłonięcia. Wie, jak ograć scenę, aby nie przesadzić i doprowadzić do tego, że przez najbliższe tygodnie będę w stanie nieważkości. Nie mam już żadnych wątpliwości, że Damien Chazelle, to młody geniusz, który zapewni nam na następne lata wiele filmowych wrażeń. Piękna przyszłość nas czeka. 


Podobał Ci się wpis? Niech pobiegnie dalej! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *