JULIUSZ – młodszy syn Adasia Miauczyńskiego [SPRINTERSKA RECENZJA]


Kiedy debiutant chce wyreżyserować komedie czyli gatunek najtrudniejszy z możliwych, bo łatwiej kogoś wzruszyć niż rozśmieszyć, to czeka go naprawdę trudne zadanie. Jednak aby sprawa była jasna – zwiastun i cała akcja promocyjna filmu „Juliusz” trochę myli tropy. To nie jest komedia 

w dosłownym słowa tego znaczeniu. To młodszy prequel „Dnia świra” – łagodniejszy, mniej komediowy i na antydepresantach.

Za scenariusz odpowiedzialni są twórcy „Planety Singli” – komedii romantycznej, która jest jedną z najlepszych na przestrzeni kilku lat w polskim kinie (ten gatunek wystarczająco dużo razy dotknął dna, że ten tytuł był naprawdę miłym zaskoczeniem). Tych dwóch scenarzystów zaprosiło do stand-up’u jeszcze Abelarda Gizę i Kacpra Rucińskiego, którzy tchneli w dialogi komediowy sznyt! Nie jest to tylko zlepek skeczów, którymi chcą pochwalić się twórcy. Ciągłość fabularna została zachowana i wszystko ładnie się ze sobą łączy, w dość akademicki (i przewidywalny) sposób. 

Młody 25-letni (wow!) reżyser Aleksander Pietrzak w swoich poprzednich krótkometrażowych produkcjach skupiał się mocno na relacji ojciec-syn („Ja i mój tata”, „Mocna kawa wcale nie jest taka zła”). I tym razem eksploruje ten temat zamykając go już w nieco dłuższej 96- minutowej wersji. Syn (Wojciech Mecwaldowski) jest nauczycielem plastyki, któremu dokucza wypalenie zawodowe, a może i nawet życiowe. Jego przestrzeń to chaos i bałagan nad którym nie może zapanować. Stracił wiarę, że kiedykolwiek coś się zmieni. Kiedy ojciec (Jan Peszek) przeżywa drugi zawał, to w ich wspólnym życiu nadal wszystko jest po „staremu”. Senior artysta-malarz nie zwalnia tempa w zaliczaniu kolejnych kobiet, a imprezy nabierają jeszcze większego rozpędu. Ich relacja jest dobrze uchwycona, zaskakująca i dobrze zagrana.

W filmie nie ma miejsca na hollywoodzkie pełne romantyzmu sceny, ogromne nadzieje i wyolbrzymione problemy. Bohaterzy poniekąd przyjmują życie takie jakie jest i są pogodzeni z losem, chociaż zabrzmi to jakbym zaprzeczyła pierwszemu zdaniu – ale to właśnie miłość pomoże naszym bohaterom. Jednak zostaje pokazane to w tak „przyziemny” i pełen wpadek sposobie, że to kupuję. Bo to jest prawdziwe – nieidealne. Bliższe naszemu życiu. Nie mamy też problemu z określeniem relacji Juliusza z pozostałymi bohaterami. Szybko orientujemy się w sytuacji i do końca w niej pozostajemy. Odbywa się to trochę stereotypowo i skrótowo, ale nadal satysfakcjonująco.

 

 

Produkcja lepiej się sprawdza jako dramat, niż komedia. Początkowo gagów i śmiesznych momentów jest sporo, później akcja nabiera więcej dramatyzmu i staje się coraz bardziej poważniejsza. Trochę wtedy spada tempo akcji, a to humor jest tutaj speedem, który podkręca całość i nadaje lekkości. Sama historia jest mądra i pomimo warstwy kilku mocnych gagów – wzruszająca. Zadbano również o detale takie jak: scenografia, dobry dźwięk (ileż to razy w polskich komediach nie słyszymy dialogów?), muzyka czy komiksowe ilustracje. Animowanych wstawek mogłoby być odrobinę więcej, bo czuję niedosyt rysunkami, które tworzył nasz główny bohater, bo po prostu były piękne! 🙃

„Juliusz” to udana tragikomedia, która pod płaszczykiem humoru skrywa coś więcej. Ta młodsza wersja Adasia Miauczyńskiego nie jest może aż tak dobitna i wulgarna, aby stać się personą młodszego pokolenia, ale jest wystarczająco głęboka, aby mieć coś ciekawego do przekazania swoim widzom.


Za seans dziękuję:

Podobał Ci się wpis? Niech pobiegnie dalej! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *