Co udało się w 2017 roku – filmy, które warto zobaczyć oraz biegowe podsumowanie

Ten rok zaliczam do całkiem udanych – zarówno pod względem filmowym, jak i biegowym. Nie mam poczucia straconego czasu i udało się zrealizować niezbędne minimum. Przebiegłam kolejny maraton oraz obejrzałam kilka rewelacyjnych filmów. Niespodzianką tego roku okazało się intensywne prowadzenie Biegiem na film i totalne zainteresowanie się światem social mediów. Zdecydowanie ten rok tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że to, co robię ma sens i daje mi ogromną szansę rozwoju. Nie samymi endorfinami człowiek żyje i nie obyło się bez potknięć, ale jedynie co możemy zrobić, to wyciągnąć z tego lekcje na przyszłość i z uśmiechem przywitać Nowy Rok! 🙂 


|CZĘŚĆ FILMOWA|

Daleko do pobicia mojego rekordu obejrzanych produkcji w skali roku (ponad 400!), ale odwiedzałam kino bardzo często. Byłam w miarę na bieżąco z repertuarem i obejrzałam prawie wszystkie najważniejsze premiery tego roku. Oszczędzałam siebie  i szanowałam swój czas, dlatego sporo seansów, które potencjalnie mogły okazać się gniotami lub bardzo średnimi filmami – odpuszczałam. Zabrakło za to czasu na nadrabianie zaległości filmowych i wiele klasyków czeka nadal w kolejce. W przypadku domowego seansu sen często brał w górę i nie udawało się zrealizować planu. Nie wystawiłam żadnemu filmowi 10/10, bo to ocena bardzo wyjątkowa, która musi skonfrontować się z upływem czasu i zostać poddana ocenie już bardziej na chłodno. Za to dałam kilka 9/10 – głównie dostały te filmy, które są na podium. W zestawieniu biorę pod uwagę produkcje, które weszły do kinowego obiegu w 2017 roku.

 

La La Land reż. Damien Chazelle

Myślę, że ten, kto mnie czyta lub zna, nie będzie tym faktem zaskoczony, że filmem roku jest dla mnie „La La Land’’. Wiem, że zdania są podzielone na temat tej produkcji. Dla jednych zbyt wykalkulowany i wyliczony w każdej sekundzie, dla mnie piękna filmowa podróż. Raczej już straciłam zdrowy osąd na temat tego filmu, a kolejne seanse pogłębiają mój stan. Historia jest prosta, ale niezwykle trafna i gorzka. Ile razy w życiu brakuje nam cierpliwości i kogoś, kto będzie trąbił pod naszym domem, bo wierzy w nas mocniej, niż my sami? I to właśnie wtedy, kiedy jesteśmy o krok od sukcesu. Dokonanie wyboru pomiędzy tym, w co wierzymy a pragmatyzmem finansowym, to jedna z najtrudniejszych decyzji dorosłego życia. Ile chodzi po świecie marzycieli, którzy, nie są spełnieni artystycznie i przestają być wierni sobie? To z jednej strony piękna historia miłości, która pozwoliła, aby nasi bohaterowie nie przestali marzyć i robili to, co kochają. To oparcie i wzajemne „ogarnianie się’’ jest niezwykle istotną i bardzo wartościową zaletą bycia w związku. Jednak po drugiej stronie przyglądamy się egoistycznemu podejściu i poświęceniu się karierze ponad wszystko. W życiu nie można mieć wszystkiego, a jeśli już, to bardzo ciężko to osiągnąć nie poświęcając czegoś ważnego. Poza tym, wszystko w tym filmie płynie, łącznie z muzyką, której soundtrack codziennie jest na mojej playliście.

The Square reż. Ruben Östlund

Płakałam ze śmiechu, bo tak błyskotliwego filmu dawno nie widziałam. Niezbyt często zdarza mi się to w kinie, abym nie mogła się opanować, w dodatku przy pełnej sali. Perypetie dyrektora muzeum sztuki współczesnej, którego czeka wielkie wyzwanie, jakim jest premiera instalacji artystycznej. Strukturalnie nie przypomina to filmu, a raczej jest zbiorem dobrych gagów lub spojrzenia na życie w kategorii performance’u. Tytułowy „The Square’’ to miejsce (a tak naprawdę kawałek chodnika, który jest odgrodzony oświetleniem) gdzie nie ma przemocy, wszyscy jesteśmy sobie równi i możemy czuć się bezpiecznie. Inteligetny i zarazem bardzo zabawny. Chociaż pod tym płaszczykiem satyry, kryje się mnóstwo smutnej prawdy, która nie jest w żaden sposób odkrywcza. Słusznie nagrodzony Złotą Palmą. Reżysera od dawna sobie cenię za socjologiczne zacięcie w jego filmach, a jeśli nie widzieliście „Turysty’’ to serdecznie polecam, bo to kolejny bardzo dobry film, który z Wami zostanie na dłużej niż trwający seans w kinie.

Cicha Noc reż. Piotr Domalewski

Pod takim filmem mogłabym się podpisać. Kocham polskie kino i uważam, że jest mnóstwo dobrych filmów, które poziomem wcale nie odbiegają od zagranicznych produkcji. Poza tym, czasami ma się ochotę obejrzeć, coś, co się zna, albo chociaż coś, o czym się słyszało. Chcę oglądać naszych wspaniałych aktorów, którzy dają popis swoich umiejętności i oglądać miejsca, które znam. Dlatego o polskie kino trzeba dbać, dopingować mu i nie zwracać uwagi na niektóre haniebne produkcje. Osobiście zawsze czuję ogromną dumę i radość, jak obejrzę dobry polski film. To zupełnie inne doświadczenie, niż w przypadku kolejnej hollywoodzkiej produkcji. „Cicha Noc’’ wywołuje mnóstwo emocji, pyta, nakreśla problem i nie ocenia naszych bohaterów. Po więcej zapraszam do mojej recenzji.

 

Filmy poza podium, które KONIECZNIE trzeba nadrobić w wolnej chwili (MOCNA 8):


|CZĘŚĆ BIEGOWA|

Biegowo uznaję ten rok za całkiem udany. Zrealizowałam niezbędne minimum, aby utrzymać formę. A że ona lubi szybko uciekać, to dogonić ją jest jeszcze trudniej. Ponad 1000 km przebiegnięte na liczniku i mnóstwo frajdy. Sporo treningów, na które miałam ochotę, ale również dużo treningów, gdzie totalnie mi się nie chciało wstawać z cieplutkiego łóżka. Myśl o długim wybieganiu (powyżej 20 km) przyprawiała mnie o mdłości, kiedy później jesteś ledwo żywy przez resztę dnia – to tylko jedna z atrakcji przygotowywania się do maratonu. Coraz lepiej radzę sobie z uporządkowaniem dnia, aby znaleźć czas na bieganie, a czasami naprawdę nie ma się na to czasu. Zdecydowanie wolę biegać wieczorową porą, a w tym roku nauczyłam się, że nawet 22.00 to odpowiedni czas na trening. Ważne, by wyjść, chociaż na chwilę.

Odkąd pamiętam, zawsze biegałam w obuwiu Nike, dlatego moja zdrada na rzecz nowych butów Adidasa musiała spotkać się z karą. Z czasem okazały się nieodpowiednie dla moich stóp i nabawiłam się problemów. Dlatego czuję niedosyt, bo kontuzja spowodowała, że nie mogłam wziąć udziału w jesiennych startach. Ciężko było wysiedzieć, kiedy jestem przyzwyczajona do sporej ilości ruchu, a brzuszek coraz bardziej się zaokrąglał (śmiech).

Wiosną udało się wyjechać na 10. PKO Poznań Półmaraton, który bardzo miło wspominam. Dobrze zorganizowany bieg, z przyjemną trasą. Nie było życiówki, ale dopisała pogoda i towarzystwo!

W kwietniu zaś miałam bardzo rozbiegany weekend. W piątek Nocna Dycha z Wawelem, której trasa ze względu na warunki pogodowe (okropnie lało) i bezpieczeństwo biegaczy, została zmieniona na kilka okrążeń wokół krakowskich błoń, za którymi nie przepadam. W niedzielę 16. PZU Cracovia Maraton i kolejny raz zmierzenie się z królewskim dystansem. Dobrze się biegło, bez większych kryzysów na trasie i z nową życiówką. A na następny dzień, ku zaskoczeniu, całkiem dobrze się czułam i mogłam normalnie funkcjonować.

Mnóstwo planów na 2018 rok, z nadzieją, że będzie jeszcze bardziej rozbiegany, filmowy i blogowy! Zabieram się do planowania, bo do wiosennych startów już niedaleko! 🙂

Życzę Wam aktywnego i pełnego kultury 2018 roku! ❤

 

 

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *