WOŁYŃ – [SPRINTERSKA RECENZJA]


Od razu napiszę, że Wołyń wywołał we mnie mieszane uczucia. Oczywiście, wszyscy uwielbiamy Smarzowskiego i wynosimy go na piedestał polskiego kina, co bywa już momentami niezdrowe i trąca lekkim fanatyzmem. Wołyń nie dorównuje Róży ani Weselu, dla mnie to chyba „najgorszy” film w jego karierze. Jasną sprawą jest, że „najgorszy” nie jest tożsame z nieudanym czy złym. Nie jeden reżyser chciałby zadebiutować takim filmem. Ale bycie liderem niesie ze sobą duże oczekiwania. Moje nie zostały spełnione. Długo zastanawiałam się, co jest tego przyczyną. To trudna sztuka rozebrać film na części pierwsze i wskazać, co mogło spowodować taki odbiór.

Rzeź wołyńska, która miała miejsce od lutego 1943 do lutego 1944 to kawał historii Polski cierpiącej, okupywanej i bezsilnej. Reżyser nie rozlicza się z przeszłością, stanowi ona tylko mocny budulec opowiadanej fabuły, która jest przede wszystkim o miłości w „nieludzkich czasach”. Nie wskazuje palcem na konkretnych ludzi, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że stąpa po kruchym lodzie. Buduje pomost między Polakami a Ukraińcami. Wszystko jest delikatnie wyważone i sugestywne. Brakuje jednak szerszego kontekstu historii. Osoby, które posiadają małą wiedzę na ten temat, mogą poczuć się przez chwilę zagubione. Taka sytuacja, być może zmotywuje część widzów do nadrobienia zaległości po seansie.

Najwięcej trudności sprawiają mi bohaterowie. Zrywamy z klasyczną konwencją, że bohater ginie w jakimś wyższym celu, poświęca się dla idei lub ratuje innego bohatera. W Wołyniu nigdy nie wiadomo kiedy śmierć nastąpi. Giną nagle, bez celu, sensu, w szybki sposób. To powinno jeszcze bardziej szokować i wstrząsnąć widzem. U mnie wywołało to efekt odwrotny, ponieważ nie zdążyłam dostatecznie poznać bohaterów. Praktycznie ze sobą nie rozmawiają, stając się pewnymi figurami lub stereotypami, ucieleśniając pewne role społeczne. Do końca filmu nie jestem w stanie opisać głównej bohaterki Zosi (Michalina Łabacz). Praktycznie mam identyczną wiedzę, jaką miałam na samym początku. Zakochana w ukraińskim chłopcu, wydana za najbogatszego we wsi wdowca. Nie mogę wejść w ten świat i dowiedzieć się o nim czegoś więcej.

Nie brakuje mrocznych scen, momentami zahaczającymi o gore, podczas kolejnych morderstw. Kadry w niskim kluczu, nie pokazują emocji bohaterów. Nie ma na to czasu, bo tuż za rogiem czekają kolejne tragedie. Ukazany zostaje horror, wyreżyserowany przez bezduszną ludzkość, pełną instynktów, wykonujących ,,tylko rozkazy.

To pierwszy film w karierze Smarzowskiego, który trwa 2,5h. Reszta produkcji oscylowała w granicach 2h. Taka długość to zawsze większe wyzwanie i trudność w przyciągnięciu widza do ekranu. Wydaję mi się, że reżyser prawie zrozumiał zasadę działania i rozkłada tak poszczególne sceny, że jesteśmy w stanie nadążyć i być uważni. Otwierająca sekwencja wesela to próba portretu mieszkańców, pokazująca złożoną wielokulturowość. Środkowa część to próba ukazania wołyńskiej wsi (z tym aktem jest duży problem – nierówny, brak interesującej treści i chwilami nużący). Finałowa scena to ukazanie bestialstwa w najczystszej postaci, która wypada najlepiej w zestawieniu.

Wołyń to film udany realizacyjnie, ostrzegający przed nacjonalizmem i ksenofobicznymi zachowaniami. Ważny i potrzebny. Pierwszy, który porusza temat ludobójstwa przez Ukraińców. Pokazujący, jak ideologia może wpłynąć na losy społeczeństwa, które staje się bezbronne w obliczu tak wielkiej tragedii. Nie podoba mi się to, że Smarzowski postawił na bohatera zbiorowego, odbierając mi możliwość współodczuwania. To jest mój największy zarzut, bo przez to mam pewną barierę, której nie mogę przebić. Naprawdę ciężko oceniać takie filmy, bo one nie powstają z pobudek artystycznych, tylko w hołdzie i ku wyższym celom. Warto wybrać się do kina, ku pamięci wszystkich, których ta tragedia dotknęła.


Za seans dziękuję sieci kin:

place_3664

Podobał Ci się wpis? Niech pobiegnie dalej! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *