[SPRINTERSKA RECENZJA] – SMOLEŃSK


Oglądanie gniotów to dla mnie chleb powszedni. Jeśli nałogowo chodzisz do kina, to siłą rzeczy trafiasz na złe produkcje. Miło jest, gdy możesz, chociaż pośmiać się z tego wszystkiego (no bo co innego Ci już pozostało?). Gorzej, jeśli film jest Ci kompletnie obojętny i nawet jego absurdy nie śmieszą Cię. Nie jestem zaskoczona, że takie „coś”, bo trudno to nazwać filmem, zostało dopuszczone do dystrybucji.

Chciałabym odciąć się od politycznego wydźwięku tego filmu i ocenić go tylko pod względem artystycznym. To nie miejsce na polityczne dysputy, na które nie mam ochoty. A ten film nie stanowi dobrego materiału do rzeczowej i konkretnej rozmowy. Za dużo w nim przeistaczania faktów, teorii spiskowych i domysłów.

Smoleńsk to film-falstart. Pragnę przypomnieć, że premierę filmu przekładano kilkakrotnie, szkoda, że ostatecznie nie zdecydowano o całkowitym jego wycofaniu. Nie chcę sobie wyobrażać jak on musiał wyglądać w tej wcześniejszej wersji, skoro teraz to oficjalnie ukończone dzieło, przypomina wrak Tupolewa. Wszystko doszczętnie zniszczone i nadające się tylko i wyłącznie do całkowitej wymiany.

Strona techniczno-artystyczna to jakaś porażka. Cytując słowa producenta Macieja Pawlickiego: ,, Z uwagi na trudności przy realizacji filmu i stopień technologicznego skomplikowania, dodatkowy czas jest niezbędny, by przedstawić widzom w pełni ukończone dzieło”. Nie dostrzegłam tego (a może moja wada wzroku się pogorszyła?), żadnego skomplikowanego stopnia technologicznego. Efekty specjalne przypominają moje rysunki w Paincie. Montaż totalnie rozerwany, bez pomysłu i zrobiony, byleby dociągnąć do napisów końcowych. Podkład muzyczny bardzo irytował, przebijał się tak, że zagłuszał te świetnie napisane dialogi. A co gorsza po wyjściu z sali, nie chciał opuścić mojej głowy.

Nikomu nie udało się zagrać dobrze. Gratuluje świetnego prowadzenia aktorów, każdy gra w zupełnie innym kluczu i wychodzi z tego niezły bezpłciowy, rozlazły misz-masz. Dziennikarka (Beata Fido), która trochę chciałaby być jak Jodie Foster, rzuca się w pogoni za gorącym tematem i próbuje dociec prawdy. Jakby tego było mało, dorzucamy do jej postaci jakieś bezsensowne skrawki relacji z matką i jej chłopakiem, które nic nie wnoszą. Praktycznie każde zdanie jakie pada na ekranie nie ma żadnego językowego polotu, brzmi dennie i sztucznie.

Nie wiadomo do jakiej kategorii zakwalifikować Smoleńsk. Żaden z niego thriller, bo większe napięcie to ja czuję podczas oglądania transmisji turnieju w szachy. Dokument też z niego żaden (krótkie, archiwalne nagrania, nie czynią go jeszcze dokumentem). Daleko mu również do amerykańskiego dramatu politycznego. Smoleńsk to dzieło filmopodobne, niemieszczące się w żadne ramy.

Jeśli kiedyś wydam książkę: 100 gniotów, których nie musisz obejrzeć, to już teraz mogę Wam powiedzieć, że ma zagwarantowane top 10. Współczuje wszystkim nauczycielkom, które jednak zabiorą uczniów do kina i będą musiały później odpowiadać na trudne i skomplikowane pytania dzieciaków. Ja w czasach szkolnych chodziłam na filmy o zdecydowanie mniejszym zabarwieniu politycznej propagandy.

Jestem zdania, że warto zawsze iść do kina, aby posiadać swoje zdanie na dany temat i mieć prawo w pełni uczestniczyć w dyskusji. Jednak w tym przypadku, nie widzę żadnego sensu, ani tym bardziej nabijania pieniędzy dla twórców. Dla mnie nie ma o czym rozmawiać. Biegiem na dłuższy trening, a nie do kina!


Ocena: 1/10

OCENKA GWIAZDKA


Za seans dziękuję kinu:

 

Podobał Ci się wpis? Niech pobiegnie dalej! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *