LEGION SAMOBÓJCÓW – [SPRINTERSKA RECENZJA]

Legion samobójców reż. David Ayer


Nie lubię, kiedy przed obejrzeniem docierają do mnie miażdżące(!) opinie/recenzje dotyczące filmu, na który się wybieram. To trochę gasi mój entuzjazm, bo jeśli wszyscy są na ,,nie”, to prawdopodobieństwo, że ja będę na ,,tak” zaczyna być pod znakiem zapytania. I to nie chodzi o to, że jak większość tak mówi, to ja z klapkami na oczach zaczynam powtarzać po nich, bo jestem daleka od takiej postawy i zawsze muszę się na własnej skórze przekonać. Ta większość nie ma monopolu na jedyną, słuszną opinię, a w tym przypadku wzajemnie się nakręciła i wywołała panikę. Wiem na pewno, że Legion samobójców posiada dużo wad, ale nie jest to film, któremu wystawiłabym jeden.

David Ayer nie poradził sobie zarówno jako reżyser jak i scenarzysta. Dziwi to drugie, bo zawsze dość dobrze sobie radził, zwłaszcza Dzień próby czy Bogowie ulicy były na tej płaszczyźnie z powodzeniem zrealizowane. Zapomniałam jednak, że przeniesienie komiksu na duży ekran to zupełnie coś innego. Legion samobójców na tym poziomie kompletnie został położony. Scenariusz jest beznadziejny, wszystko niedopracowane i mało angażujące widza w rozgrywającą się akcje. Antagonista kompletnie nie pociągnął filmu, a to podstawa w dobrym blockbusterze. Dlatego nie ma co się dziwić, że reszta bohaterów miota się po ekranie, rzucając sucharami. I to jakimi głupimi!

Największą zaletą filmu jest Harley Quinn grana przez Margot Elise Robbie. Nawet w tak nieudanym makijażu wygląda i gra wspaniale! Myślałam, że chociaż raz zobaczą ją w wersji brzyduli i nie będę jej zazdrościć urody, ale nic z tego. Bardzo chętnie zobaczyłabym ją w spin-offie

Sama forma różni się od poprzednich ekranizacji superbohaterów z DC Comics, chociażby tym, że z reguły były opowiadane w normalnym tempie. Tutaj mamy mało historii, a tempo bardzo zawrotne i szalone niczym jazda Jokera z Harley Quinn. Finalnie nie było się do czego spieszyć, a mnie tylko zakręciło się w głowie. Czasami udaje im się przemycić ten pokręcony styl, który jak konsekwentnie poprowadzą, to będzie rewelacyjnie. Muzyka sama w sobie jest w porządku (dużo utworów na topie), ale nie współgrają z warstwą wizualną. 

Nie jest to blockbuster na miarę 2016 roku. Brakuje zwykłej, wakacyjnej frajdy i dobrej rozróby. Fakt, że poprzeczka jest wysoko postawiona, a widownia chce być ciągle zaskakiwana i staje się coraz bardziej marudna. Produkcja to mocny średniak, ale lepszy od Batman v Superman: Dawn of Justice.

Nie ma co biec do kina, kiedyś w domowym zaciszu można włączyć.


Ocena: 4/10


 Za seans dziękuję sieci kin:

Podobał Ci się wpis? Niech pobiegnie dalej! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *